|
Dzis mija kolejny dzien twojego zycia. Ktory to juz? Potrafisz je odroznic? Czy kazdy twoj dzien ma swoja wartosc? Zdecydowalismy, ze damy ci druga szanse. To tu bedziesz sie szkolic. To tu bedziesz sie uczyc. (...) jesi wszystko pójdzie dobrze, będziesz pracować dla nas. Zmienisz swoje zycie. Zmienisz jego szarosc na soczystosc barw. Wezmiesz ten pedzel? TY. To od CIEBIE zalezy, czy jednym -->kliknieciem<-- sprawisz, ze znajdziesz swoj cel. Odkryjesz w sobie zdolnosci, ktorych istnienia nigdy bys nie podejrzewal. To tkwi w tobie gleboko, tylko czeka, by sie ujawnic... Dolacz do agentow Section One. Teraz decyzja nalezy juz tylko do ciebie. To twoje zycie i tylko dzieki tobie moze sie zmienic. Odmien swoj los. Zobacz swiat z zupelnie innej perspektywy. A teraz odetchnij gleboko. ..:Bez odbioru:.. |
Agenci w gotowości
|
2011-04-12 21:09:39 >>BLACHA
Nareszcie byłam na zewnątrz. Oparłam plecy o chłodną ścianę i oddychałam głęboko. Chciałam w ten sposób uspokoić myśli, ale przede wszystkim uciszyć łoskot krwi w mojej głowie. Po plecach spłynęła mi strużka potu. Wiedziałam, że nie mam czasu na odpoczynek i relaks, ale gorzej byłoby wpakować się w takim stanie na któregoś ze strażników. Po dobrej minucie uruchomiłam nadajnik i nawiązałam połączenie z agentem. Prawie natychmiast usłyszałam nerwowy głos: - Mat, żyjesz? - Jaaasne. - Co tak długo? Chciałaś się zemścić za te głupie uwagi? Przecież o mało nie wykorkowałem z nerwów! - Ależ skąd?! Po prostu miałam bliskie spotkanie z Blachą... - Z kim?... - usłyszałam tylko jakieś trzaski, a potem znowu głos. - Nie rozumiem. opowiesz jak będziesz w bezpiecznej strefie. Ruszaj! No to ruszyłam... ale tym razem już nie chyłkiem, szukając schronienia wśród drzew. Nie biegłam pochylona, lecz szłam wyprostowana jak struna - dumna ze swoich dokonań jak nigdy. Poczułam, że po tym, co tu się stało nie mogą zwyczajnie uciekać jak złodziej, albo co gorsza jak złodziej i tchórz. Choć zapewne niejedna osoba tak właśnie by mnie nazwała. Spokojnym krokiem dotarłam do dziury w ogrodzeniu i oto znowu byłam bezpieczna. Poczułam jakbym pokonała w ciągu tych 30-35 minut całe zło tego świata. Prawie zapomniałam o tym co spokojnie spoczywało w mojej kieszeni. CDN Matylda skomentuj (1)
2010-06-30 22:40:45 >>Ostre uderzenie
Mogłam liczyć jedynie na siebie. Nikt z S1, ani spoza niej, nie był w stanie mi teraz pomóc. Tym bardziej, że większość ludzi z Sekcji nie miała pojęcia gdzie się w tej chwili znajduję. Przez jakieś pół minuty w moich myślach rozpanoszyła się panika, ale potem wyłoniła się jedna myśl: Nie pozwól mu się do siebie zbliżyć, bo już będziesz martwa. Moje wyszkolenie nie miało tu najmniejszego znaczenia. Ten człowiek miał posturę i siłę niedźwiedzia. Nie miałam szans pokonać go w walce wręcz. Musiałam wymyślić inny sposób – to była druga myśl, która mnie nawiedziła. A potem ruszyła lawina… Po raz kolejny w życiu poczułam, że staję się kimś innym, agentem odgrywającym rolę. To była rola mojego życia, bo właśnie o nie teraz toczyła się gra. Życie albo śmierć. Moje intencje były dla Edwarda Parkera jasne. Wdarłam się do jego rezydencji i włamałam do prywatnego gabinetu, aby go zniszczyć. On również walczy w tej chwili o swoje życie. Wystarczyłoby wynieść stąd jeden dysk, a on natychmiast spada na samo dno. Byłby skończony… byłby trupem. Tak oto staliśmy na wprost siebie, mierząc się wzrokiem. Jeszcze chwila i chyba poddałabym się. Ten człowiek był jak czarna dziura, wysysał całe moje pozytywne myślenie. Nie byłam w stanie przerwać tej ciszy jaka zapanowała w gabinecie. Na szczęście on odezwał się pierwszy: - Witaj ponownie! Dawno się nie widzieliśmy. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tamtym ostatnim naszym spotkaniu, ale jakby na przekór temu co czułam odpowiedziałam zaczepnie: - Nie tęskniłam. I ty zapewne też nie. Daruj sobie te gładkie słówka. Eddy nie zraził się jednak i ciągnął dalej. - Wiesz, w pewnym sensie zaimponowało mi to, że dotarłaś aż tutaj. Twoi zwierzchnicy wiedzą o tym?... Ach, zapomniałem. Ty już nie masz zwierzchników. Zostali SKA-SO-WA-NI!!! – zakończył wypowiedź chrapliwym śmiechem, i jakby po namyśle dodał: - Trochę szkoda mi ciebie również skasować, ale jesteś zbyt niepokorna jak na moje potrzeby. Nigdy nie wiadomo co takiej strzeli do głowy. Ale wiedz, że byłaś całkiem niezłym agentem. „Byłaś”? A więc uważał mnie już za trupa!! „Całkiem niezłym agentem”? Byłam prawą ręką OpsJ w terenie, więc chyba byłam trochę więcej niż „całkiem niezła”. Teraz naprawdę się wkurzyłam. Nie dlatego, że mnie poniżył swoimi słowami, ale tym, że według niego przestałam być prawdziwym zagrożeniem. Grubo się pomylił. Patrząc mu prosto w oczy spokojnie powiedziałam: - Nie bierzesz jednego pod uwagę. – W tym momencie odwróciłam głowę w stronę okna, jakby coś przyciągnęło moją uwagę. To było silniejsze od niego. Musiał spojrzeć w tym kierunku, a ja wykorzystałam ten moment i błyskawicznie zanurkowałam pod biurko, przy którym stałam. Parker miał broń, ale ja również nie byłam bezbronna. Na łydce miałam przypięte coś idealnego na tę okazję. Aplikator ze środkiem nasennym. Wyszarpnęłam go i wychylając się z lewej strony ogromnego mebla wyrzuciłam „pocisk”, trafiając w sam środek uda mojego przeciwnika. Gdybym celowała w tułów lub w głowę pewnie odbiłby pocisk, ale nóg nie chronił tak jak reszty ciała. Znów silniejszy okazał się instynkt niż wieloletni trening. Być może Żelazny Eddy nie przeszedł tylu szkoleń co zwykły agent terenowy, a może już zapomniał jak należy się zachować podczas takich misji. W każdym razie popełnił dwa błędy, jeden po drugim. To mnie uratowało. I mimo tego, że Edward Parker prawie natychmiast wyjął aplikator, nie miał szans. To urządzenie było specjalnie tak zaprojektowane, aby w momencie kontaktu ze skórą od razu zadziałało. To oczywiście wiązało się ze zminimalizowaniem dawki środka nasennego, ale również maksymalnym stężeniem i siłą tej substancji. Efekt pracy naszych naukowców był naprawdę imponujący. Stwierdziłam to naocznie patrząc jak olbrzymie cielsko Eddy`ego opada na podłogę… na własne uszy usłyszałam przeciągły jęk najdroższych na tym kontynencie klepek podłogowych. Tym razem to ja byłam górą. CDN... Matylda skomentuj (0)
2010-03-23 22:38:12 >>Najtrudniejsza misja cz. II. Budynek, a właściwie luksusowa willa, w której właśnie się znajdowałam składała się z czterech skrzydeł. Jedno skrzydło na każdą stronę świata.
Ja dostałam się do budynku od północy, Żelazny Eddy wraz z rodziną zajmował sypialnie we wschodnim skrzydle, pozostało mi więc do przejścia skrzydło południowe i odnalezienie gabinety Eddy`ego w zachodnim skrzydle. Nie powinno to być trudne, gorzej z dotarciem do niego niezauważoną. Na pewno choć kilka osób pozostało na straży w budynku po widowiskowym wybuchu przed willą. Nie miałam ani chwili do stracenia. Szybkim krokiem przemierzałam pomieszczenia i w myślach odtwarzałam plan budynku, gdy nagle zza zakrętu wyszedł żołnierz. Był ubrany na czarno zupełnie jak ja... nawet kominiarka była identyczna. Prawie na mnie wpadł, ale nie zdziwił się widząc mnie. Za to ja bardzo... nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Jak zadziałać, aby niczego nie spieprzyć? Miałam zbyt mało czasu na zastanowienie i po prostu ominęłam go, jakby był meblem. Idąc w swoją stronę pomyślałam jeszcze, że to koszmarnie głupie posunięcie. On mógł w każdej chwili domyślić się, że nie mam prawa tutaj być i wpakować mi kulkę w plecy, albo co gorsze pozostawi mnie przy życiu i znowu będę na łasce szefa CIA. Wtedy człowiek za moimi plecami potwierdził moje obawy, że to jednak był głupi pomysł. - Idziesz na obchód? – zapytał. Stanęłam i obróciłam lekko głowę. - Tak. - Chyba za wcześnie na to. Obchód skrzydeł dopiero za 20 minut. W myślach układałam najprostszą, najbardziej logiczną odpowiedź... To musi być szybka odpowiedź. Jakbym odpowiadała bez zastanowienia... jakby to była prawda. - Wolę od razu sprawdzić czy wszystko w porządku. Ten wybuch może być nieprzypadkowy. To zabrzmiało całkiem dobrze, ucieszyłam się, ponieważ kiedyś to było nie do pomyślenia. Nigdy nie kłamałam tak przekonująco. Byłam z siebie dumna, choć czy to był powód do dumy? Wolałam nie myśleć nad tym teraz. Tym bardziej, że żołnierz wyglądał na usatysfakcjonowanego moją odpowiedzią. Ruszyłam w swoją stronę, ale wtedy usłyszałam jeszcze: - Uważaj na Blachę. Ma dziś te swoje humory. O cholera! Kto to jest Blacha? W pierwszej chwili spanikowałam, dobrze, że stałam tyłem, ale po chwilowej „dezorientacji” odpowiedziałam: - Dzięki. – gdy tylko to powiedziałam olśniło mnie. Żelazny Eddy to Blacha. Widocznie tak go tu nazywają. Dodałam: - Zrobię wszystko, żeby się na niego nie natknąć. To była najszczersza prawda! Uśmiechnęłam się pod swoją kominiarką. Nie dość, że nie zostałam złapana, to jeszcze dostałam radę od przeciwnika. Nie do wiary!! Zadowolona z obrotu sprawy od razu zapomniałam o ostrzeżeniu strażnika. Bez przeszkód przeszłam całe południowe skrzydło, szeroki hol i dotarłam do wykładanego drogą boazerią gabinetu szefa CIA, oczywiście prywatnego gabinetu, połączonego z olbrzymią biblioteką. Za oknami widziałam blask ognia i uwijających się ludzi – efekt działania Dragon. W świetle stojącej na olbrzymim biurku lampki zlustrowałam pokój. Wszystko wydawało się w porządku. Zdjęłam kominiarkę i skierowałam się w stronę biurka. Pamiętałam, że po prawej stronie znajduje się sejf zamaskowany jakimś kolorowym obrazem abstrakcyjnym (raczej bohomazem). To był oficjalny sejf – z aktami notarialnymi, gotówką, papierami wartościowymi... Po drugiej stronie, za fragmentem boazerii, perfekcyjnie ukryty był drugi sejf. To w nim znajdowało się wszystko to, co Żelazny Eddy gromadził przez te wszystkie lata pracy i wiele z tych informacji nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Zapewne trzymał to i owo na swoich współpracowników i podwładnych, aby móc zmienić ich życie w ruinę. Tak na wszelki wypadek. W tym sejfie było również to, czego szukałam. Bez wahania otworzyłam skrytkę i chciałam zabrać się za sejf, ale wtedy usłyszałam za sobą ruch. To był on!... Stał w przejściu do biblioteki. Najwidoczniej był tam cały czas i przez olbrzymie okno w bibliotece spoglądał na płonące samochody... a może szukał lektury do poduszki... Teraz to było nieważne, bo oto stał przede mną sam Blacha. Z tym swoim władczym wyrazem twarzy. Zupełnie jakby przyłapał dziecko na próbie kradzieży cukierka w sklepiku na rogu. Mimowolnie podniosłam rękę do gardła. Przypomniało mi się, jak kilka miesięcy temu o mało mnie nie udusił. Wtedy darował mi życie mając nadzieję, że przejdę na jego stronę. Teraz nie miałam szans. Wyrok śmierci zapadł już dawno, a teraz tylko dolałam oliwy do ognia włamując się do domu Edwarda Parkera. A najgorsze było to, że nie spisałam testamentu, bo nie przewidywałam porażki. CDN .:Matylda:. skomentuj (1)
2010-02-11 21:37:44 >>NAJTRUDNIEJSZA MISJA
Kiedy tak kontemplowałam te niecodzienne okoliczności przyrody w moim uchu rozległ się znajomy, choć lekko zmieniony przez pasmo częstotliwości radiowej głos: - Ruszaj! Teren bezpieczny. Macie trzy minuty. Trzy? Przecież miało być pięć!!... O mało nie wdałam się w dyskusję, ale wtedy czasu byłoby jeszcze mniej. Warknęłam więc tylko coś niezrozumiale, co zapewne dość skutecznie zirytowało mojego rozmówcę. Zgarbiona podbiegłam do ogrodzenia z metalowej siatki. Na otwartym terenie czułam się jak metalowy króliczek na strzelnicy... byłam łatwym celem, choć nocna pora nie ułatwiała zadania ewentualnym obserwatorom. Mimo zdenerwowania moje ruchy były szybkie i pewne. Nożyce do cięcia drutu błyskały lekko, gdy przecinałam nimi kolejne przęsła. Słuchawka w moim uchu zatrzeszczała, by zaraz potem powiadomić mnie: - Dwie i pół minuty. Uniosłam fragment siatki i przeczołgałam na drugą stronę ogrodzenia, a potem puściłam się biegiem przez zaniedbany trawnik. W pewnej chwili pomyślałam, że nie mamy szans na powodzenie tej misji, ale w tej chwili dotarły do mnie słowa: - Dwie minuty! Za późno aby teraz się wycofać, byłam za daleko... i nie mogłam czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków, na to aż Sekcja przestanie istnieć. Byłam już przy kępie drzew. Skupiłam się więc na wykonaniu wszystkich etapów planu. Pomyślałam jeszcze przelotnie o tych wszystkich kamerach rozmieszczonych na terenie posiadłości, również na drzewach wokół mnie. Jak dobrze, że nie muszę się nimi przejmować. Jeszcze prawie dwie minuty będę całkowicie bezpieczna – ukryta przed ich oczami. Cafeina czuwał nade mną i skutecznie zakłócał działanie kamer w sobie tylko znany sposób. Wychylając się zza gęstych drzew sprawdziłam czy nikt nie wybrał się akurat teraz na przechadzkę po ogrodzie i czy palą się światła w budynku przede mną. Nie zauważyłam nigdzie nic podejrzanego, więc odnalazłam wzrokiem drzwi, przez które miałam przedostać się do środka i ruszyłam w ich kierunku. Zaledwie wychyliłam się zza krzaków usłyszałam: - Minuta!! Pospiesz się, Mat! Rzuciłam się do przodu, wyciągając jednocześnie sprzęt do dezaktywacji alarmu i otwarcia zamka elektrycznego. Zostało do pokonania jakieś 15 metrów, gdy usłyszałam ponownie głos: - Pół minuty... Mat, to nie jest film akcji. Nie zależy nam na podnoszeniu napięcia. Streszczaj się! Cafe wiedział, jak dać mi kopa do działania. Ironiczne uwagi w czasie akcji doprowadzały mnie do szału, ale jednocześnie dawały dodatkową motywację i mniej przejmowałam się ewentualną wpadką. Już montowałam sprzęt... wstukiwałam kod... czekałam na upragnione piknięcie i zakończenie pracy „liczydełka” – jak nazywałam to cudo... - Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden – agent nie pozostawił mi cienia nadziei, że mam jeszcze czas. Zamarłam. Na ekraniku wciąż migały, z oszałamiającą prędkością, zielone cyfry. Wydawało mi się, że stoję tak całe wieki. Cisza i w końcu ciche piśnięcie. Trzask odblokowanego zamka. Wsunęłam się za drzwi najciszej jak mogłam, z gracją żółwia właściwie... Miałam nadzieję, że ktoś kto obserwuje zapis kamer śpi. Oby pomogło choć trochę to, że nie wykonałam żadnych gwałtownych ruchów, co zazwyczaj zwraca uwagę strażnika. Stałam wewnątrz domu i nasłuchiwałam, ale nic się nie działo. Odetchnęłam z ulgą i powiedziałam cicho: - Chyba się udało. Dragon, twoja kolej. W tym momencie, gdzieś z drugiej strony posiadłości, rozległ się potężny huk eksplozji, od której zadrżała ziemia i wszystkie sprzęty wewnątrz domu. Zawyły wszystkie alarmy samochodowe i te w domu. Teraz już byłam pewna, że się udało. A po kilku sekundach otrzymałam potwierdzenie od Cafeiny. Kamery, czujniki i cały ten nowoczesny, a jednocześnie delikatny sprzęt do ochrony Żelaznego Eddy`ego diabli wzięli. CDN .:Matylda:. skomentuj (1)
2009-12-17 22:41:19 >>W (tr)akcie tworzenia. Skoro nie mogłam Mat pomóc, mogłam chociaż z całch sił starać się jej nie zaszkodzić. Choć szefostwo chciało inaczej...
Wiedziałam już jednak, jaką drogę wybrać-i zamierzałam się jej trzymać. Nie miałam pojęcia po co góra tak miesza-czyżby nie mieli dość ważniejszych spraw? Misji ratujących świat przed zagładą? Zamiarów terrorystycznych, odkrytych w ostatniej chwili? A może mieli za dużo agentów, może chcieli pozbyć się tych, którzy w Sekcji siedzą już zbyt długo? Za dużo wiedzą, zaczynają przeszkadzać, są zbyt silni i mogą się zbuntować... Hipoteza ta wydawała mi się bardzo prawdopodobną. Dopóki wszystko nie stało się jasne. Stałam przed Mat twarzą w twarz, jednocześnie z całego serca chcąc się wytłumaczyć i mając w myślach, że to sekcja, więc uczucia są tu tylko nic niewartą kupą impulsów nerwowych. W chwili, kiedy już myślałam, że po prostu wyjdę jak pies z podkulonym ogonem, wezbrała we mnie złość i nadzieja kiedy oba te uczucia zobaczyłam w oczach Mat. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Pomimo, że Sekcja nie była matką wrażliwą i sprawiedliwą - była nią dla nas i byliśmy z nią związani-czy tego chcieliśmy czy nie. -W pokoju Pat za 5 minut-powiedziałam z ledwie widocznym uśmiechem i odwróciłam się napięcie.
* * *
Po paru godzinach prawdziwej burzy dwóch mózgów już wiedziałyśmy, co robić. Zaplanować całe przedsięwzięcie nie było trudno. Gorzej z jego realizacją. Pierwsze, choć niewielkie, trudności napotkałyśmy zaraz po wyjściu z gabinetu Pat. Cafeina stanął jak wryty widząc mnie i Mat ramię w ramię. A potem niemal biegiem podszedł do nas i zwrócił się do Mat, jakby mnie nie było obok. -Ona zdradziła nas wszystkich! Zdradziła ciebie! A ty jeszcze... -Uspokój się Cafe. Wszystko jest pod kontrolą. Że tak powiem, mamy ją w garści... Tętno mi przyspieszyło. Dodatkowe częsci dodawane do scenariusza był niezbędne, ale zawsze ich niecierpiałam. Trzeba było je szybko wkalkulowywać i dopasowywać do reszty. Przygryzałam sobie język i wargi żeby tylko nie wypalić czegoś, żeby tylko wszystkiego nie zepsuć. Mogłam się za to uśmiechać półgębkiem. -Jak to?-spojrzał na mnie w końcu, zaskoczony.-Skąd możesz mieć pewność? Oszukała nas raz, kto wie od jak dawna to planowała i wdrażała w czyn - oszukuje nas może nadal. Zresztą, wiesz co Mat? Rób co chcesz. Wiesz, że zawsze będę po twojej stronie. Lepiej powiedz do czego się przydam. Najważniejsze, że zaczęliśmy działać. Ta zmiana frontu w końcu zadziałała na naszą korzyść. Machina ruszyła. Uda się! Musi. Przechytrzymy w trójkę wszystkich... skomentuj (1)
2011 kwiecień 2010 czerwiec marzec luty 2009 grudzień listopad październik sierpień czerwiec maj kwiecień luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień czerwiec kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad |