section-one blog

Twój nowy blog

BLACHA

1 komentarz

Nareszcie byłam na zewnątrz.
Oparłam plecy o chłodną ścianę i oddychałam głęboko. Chciałam w ten sposób uspokoić myśli, ale przede wszystkim uciszyć łoskot krwi w mojej głowie. Po plecach spłynęła mi strużka potu.
Wiedziałam, że nie mam czasu na odpoczynek i relaks, ale gorzej byłoby wpakować się w takim stanie na któregoś ze strażników.
Po dobrej minucie uruchomiłam nadajnik i nawiązałam połączenie z agentem. Prawie natychmiast usłyszałam nerwowy głos:
- Mat, żyjesz?
- Jaaasne.
- Co tak długo? Chciałaś się zemścić za te głupie uwagi? Przecież o mało nie wykorkowałem z nerwów!
- Ależ skąd?! Po prostu miałam bliskie spotkanie z Blachą…
- Z kim?… – usłyszałam tylko jakieś trzaski, a potem znowu głos. – Nie rozumiem. opowiesz jak będziesz w bezpiecznej strefie. Ruszaj!
No to ruszyłam… ale tym razem już nie chyłkiem, szukając schronienia wśród drzew. Nie biegłam pochylona, lecz szłam wyprostowana jak struna – dumna ze swoich dokonań jak nigdy. Poczułam, że po tym, co tu się stało nie mogą zwyczajnie uciekać jak złodziej, albo co gorsza jak złodziej i tchórz. Choć zapewne niejedna osoba tak właśnie by mnie nazwała.
Spokojnym krokiem dotarłam do dziury w ogrodzeniu i oto znowu byłam bezpieczna.
Poczułam jakbym pokonała w ciągu tych 30-35 minut całe zło tego świata. Prawie zapomniałam o tym co spokojnie spoczywało w mojej kieszeni.

CDN

Matylda

Mogłam liczyć jedynie na siebie. Nikt z S1, ani spoza niej, nie był w stanie mi teraz pomóc. Tym bardziej, że większość ludzi z Sekcji nie miała pojęcia gdzie się w tej chwili znajduję.
Przez jakieś pół minuty w moich myślach rozpanoszyła się panika, ale potem wyłoniła się jedna myśl: Nie pozwól mu się do siebie zbliżyć, bo już będziesz martwa.
Moje wyszkolenie nie miało tu najmniejszego znaczenia. Ten człowiek miał posturę i siłę niedźwiedzia. Nie miałam szans pokonać go w walce wręcz. Musiałam wymyślić inny sposób – to była druga myśl, która mnie nawiedziła. A potem ruszyła lawina… Po raz kolejny w życiu poczułam, że staję się kimś innym, agentem odgrywającym rolę. To była rola mojego życia, bo właśnie o nie teraz toczyła się gra. Życie albo śmierć.
Moje intencje były dla Edwarda Parkera jasne.
Wdarłam się do jego rezydencji i włamałam do prywatnego gabinetu, aby go zniszczyć. On również walczy w tej chwili o swoje życie. Wystarczyłoby wynieść stąd jeden dysk, a on natychmiast spada na samo dno. Byłby skończony… byłby trupem.
Tak oto staliśmy na wprost siebie, mierząc się wzrokiem. Jeszcze chwila i chyba poddałabym się. Ten człowiek był jak czarna dziura, wysysał całe moje pozytywne  myślenie. Nie byłam w stanie przerwać tej ciszy jaka zapanowała w gabinecie. Na szczęście on odezwał się pierwszy:
- Witaj ponownie! Dawno się nie widzieliśmy.
Wzdrygnęłam się na samą myśl o tamtym ostatnim naszym spotkaniu, ale jakby na przekór temu co czułam odpowiedziałam zaczepnie:
- Nie tęskniłam. I ty zapewne też nie. Daruj sobie te gładkie słówka.
Eddy nie zraził się jednak i ciągnął dalej.
- Wiesz, w pewnym sensie zaimponowało mi to, że dotarłaś aż tutaj. Twoi zwierzchnicy wiedzą o tym?… Ach, zapomniałem. Ty już nie masz zwierzchników. Zostali SKA-SO-WA-NI!!! – zakończył wypowiedź chrapliwym śmiechem, i jakby po namyśle dodał: – Trochę szkoda mi ciebie również skasować, ale jesteś zbyt niepokorna jak na moje potrzeby. Nigdy nie wiadomo co takiej strzeli do głowy. Ale wiedz, że byłaś całkiem niezłym agentem.
„Byłaś”? A więc uważał mnie już za trupa!!
„Całkiem niezłym agentem”? Byłam prawą ręką OpsJ w terenie, więc chyba byłam trochę więcej niż „całkiem niezła”.
Teraz naprawdę się wkurzyłam. Nie dlatego, że mnie poniżył swoimi słowami, ale tym, że według niego przestałam być prawdziwym zagrożeniem. Grubo się pomylił.
Patrząc mu prosto w oczy spokojnie powiedziałam:
- Nie bierzesz jednego pod uwagę. – W tym momencie odwróciłam głowę w stronę okna, jakby coś przyciągnęło moją uwagę.
To było silniejsze od niego. Musiał spojrzeć w tym kierunku, a ja wykorzystałam ten moment i błyskawicznie zanurkowałam pod biurko, przy którym stałam.
Parker miał broń, ale ja również nie byłam bezbronna. Na łydce miałam przypięte coś idealnego na tę okazję. Aplikator ze środkiem nasennym. Wyszarpnęłam go i wychylając się z lewej strony ogromnego mebla wyrzuciłam „pocisk”, trafiając w sam środek uda mojego przeciwnika. Gdybym celowała w tułów lub w głowę pewnie odbiłby pocisk, ale nóg nie chronił tak jak reszty ciała. Znów silniejszy okazał się instynkt niż wieloletni trening. Być może Żelazny Eddy nie przeszedł tylu szkoleń co zwykły agent terenowy, a może już zapomniał jak należy się zachować podczas takich misji. W każdym razie popełnił dwa błędy, jeden po drugim. To mnie uratowało. I mimo tego, że Edward Parker prawie natychmiast wyjął aplikator, nie miał szans. To urządzenie było specjalnie tak zaprojektowane, aby w momencie kontaktu ze skórą od razu zadziałało. To oczywiście wiązało się ze zminimalizowaniem dawki środka nasennego, ale również maksymalnym stężeniem i siłą tej substancji. Efekt pracy naszych naukowców był naprawdę imponujący. Stwierdziłam to naocznie patrząc jak olbrzymie cielsko Eddy`ego opada na podłogę… na własne uszy usłyszałam przeciągły jęk najdroższych na tym kontynencie klepek podłogowych.
Tym razem to ja byłam górą.

CDN…

Matylda

Budynek, a właściwie luksusowa willa, w której właśnie się znajdowałam składała się z czterech skrzydeł. Jedno skrzydło na każdą stronę świata.
Ja dostałam się do budynku od północy, Żelazny Eddy wraz z rodziną zajmował sypialnie we wschodnim skrzydle, pozostało mi więc do przejścia skrzydło południowe i odnalezienie gabinety Eddy`ego w zachodnim skrzydle. Nie powinno to być trudne, gorzej z dotarciem do niego niezauważoną. Na pewno choć kilka osób pozostało na straży w budynku po widowiskowym wybuchu przed willą.
Nie miałam ani chwili do stracenia. Szybkim krokiem przemierzałam pomieszczenia i w myślach odtwarzałam plan budynku, gdy nagle zza zakrętu wyszedł żołnierz. Był ubrany na czarno zupełnie jak ja… nawet kominiarka była identyczna.
Prawie na mnie wpadł, ale nie zdziwił się widząc mnie. Za to ja bardzo… nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Jak zadziałać, aby niczego nie spieprzyć?
Miałam zbyt mało czasu na zastanowienie i po prostu ominęłam go, jakby był meblem. Idąc w swoją stronę pomyślałam jeszcze, że to koszmarnie głupie posunięcie. On mógł w każdej chwili domyślić się, że nie mam prawa tutaj być i wpakować mi kulkę w plecy, albo co gorsze pozostawi mnie przy życiu i znowu będę na łasce szefa CIA. Wtedy człowiek za moimi plecami potwierdził moje obawy, że to jednak był głupi pomysł.
- Idziesz na obchód? – zapytał.
Stanęłam i obróciłam lekko głowę.
- Tak.
- Chyba za wcześnie na to. Obchód skrzydeł dopiero za 20 minut.
W myślach układałam najprostszą, najbardziej logiczną odpowiedź… To musi być szybka odpowiedź. Jakbym odpowiadała bez zastanowienia… jakby to była prawda.
- Wolę od razu sprawdzić czy wszystko w porządku. Ten wybuch może być nieprzypadkowy.
To zabrzmiało całkiem dobrze, ucieszyłam się, ponieważ kiedyś to było nie do pomyślenia. Nigdy nie kłamałam tak przekonująco. Byłam z siebie dumna, choć czy to był powód do dumy? Wolałam nie myśleć nad tym teraz. Tym bardziej, że żołnierz wyglądał na usatysfakcjonowanego moją odpowiedzią.
Ruszyłam w swoją stronę, ale wtedy usłyszałam jeszcze:
- Uważaj na Blachę. Ma dziś te swoje humory.
O cholera! Kto to jest Blacha?
W pierwszej chwili spanikowałam, dobrze, że stałam tyłem, ale po chwilowej „dezorientacji” odpowiedziałam:
- Dzięki. – gdy tylko to powiedziałam olśniło mnie. Żelazny Eddy to Blacha. Widocznie tak go tu nazywają. Dodałam: – Zrobię wszystko, żeby się na niego nie natknąć.
To była najszczersza prawda! Uśmiechnęłam się pod swoją kominiarką. Nie dość, że nie zostałam złapana, to jeszcze dostałam radę od przeciwnika. Nie do wiary!!
Zadowolona z obrotu sprawy od razu zapomniałam o ostrzeżeniu strażnika. Bez przeszkód przeszłam całe południowe skrzydło, szeroki hol i dotarłam do wykładanego drogą boazerią gabinetu szefa CIA, oczywiście prywatnego gabinetu, połączonego z olbrzymią biblioteką.
Za oknami widziałam blask ognia i uwijających się ludzi – efekt działania Dragon. W świetle stojącej na olbrzymim biurku lampki zlustrowałam pokój. Wszystko wydawało się w porządku.
Zdjęłam kominiarkę i skierowałam się w stronę biurka. Pamiętałam, że po prawej stronie znajduje się sejf zamaskowany jakimś kolorowym obrazem abstrakcyjnym (raczej bohomazem). To był oficjalny sejf – z aktami notarialnymi, gotówką, papierami wartościowymi… Po drugiej stronie, za fragmentem boazerii, perfekcyjnie ukryty był drugi sejf. To w nim znajdowało się wszystko to, co Żelazny Eddy gromadził przez te wszystkie lata pracy i wiele z tych informacji nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Zapewne trzymał to i owo na swoich współpracowników i podwładnych, aby móc zmienić ich życie w ruinę. Tak na wszelki wypadek.
W tym sejfie było również to, czego szukałam.
Bez wahania otworzyłam skrytkę i chciałam zabrać się za sejf, ale wtedy usłyszałam za sobą ruch.
To był on!…
Stał w przejściu do biblioteki. Najwidoczniej był tam cały czas i przez olbrzymie okno w bibliotece spoglądał na płonące samochody… a może szukał lektury do poduszki… Teraz to było nieważne, bo oto stał przede mną sam Blacha. Z tym swoim władczym wyrazem twarzy. Zupełnie jakby przyłapał dziecko na próbie kradzieży cukierka w sklepiku na rogu.
Mimowolnie podniosłam rękę do gardła. Przypomniało mi się, jak kilka miesięcy temu o mało mnie nie udusił. Wtedy darował mi życie mając nadzieję, że przejdę na jego stronę. Teraz nie miałam szans. Wyrok śmierci zapadł już dawno, a teraz tylko dolałam oliwy do ognia włamując się do domu Edwarda Parkera.  
A najgorsze było to, że nie spisałam testamentu, bo nie przewidywałam porażki.

CDN

.:Matylda:.

Choć nastała już wiosna, powietrze było lodowate, a porywy wiatru stawały się coraz silniejsze i coraz częstsze, tak że mroziły mi twarz. Po każdym podmuchu wiatru czułam jakby moje policzki zamieniały się w dwie bryłki lodu. Całe szczęście, że resztę głowy i szyję okrywała ciepła kominiarka, a cały strój był równie komfortowy. Wygodny i ciepły.
Kiedy tak kontemplowałam te niecodzienne okoliczności przyrody w moim uchu rozległ się znajomy, choć lekko zmieniony przez pasmo częstotliwości radiowej głos:
- Ruszaj! Teren bezpieczny. Macie trzy minuty.
Trzy? Przecież miało być pięć!!… O mało nie wdałam się w dyskusję, ale wtedy czasu byłoby jeszcze mniej. Warknęłam więc tylko coś niezrozumiale, co zapewne dość skutecznie zirytowało mojego rozmówcę.
Zgarbiona podbiegłam do ogrodzenia z metalowej siatki.
Na otwartym terenie czułam się jak metalowy króliczek na strzelnicy… byłam łatwym celem, choć nocna pora nie ułatwiała zadania ewentualnym obserwatorom.
Mimo zdenerwowania moje ruchy były szybkie i pewne. Nożyce do cięcia drutu błyskały lekko, gdy przecinałam nimi kolejne przęsła.
Słuchawka w moim uchu zatrzeszczała, by zaraz potem powiadomić mnie:
- Dwie i pół minuty.
Uniosłam fragment siatki i przeczołgałam na drugą stronę ogrodzenia, a potem puściłam się biegiem przez zaniedbany trawnik. W pewnej chwili pomyślałam, że nie mamy szans na powodzenie tej misji, ale w tej chwili dotarły do mnie słowa:
- Dwie minuty!
Za późno aby teraz się wycofać, byłam za daleko… i nie mogłam czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków, na to aż Sekcja przestanie istnieć.
Byłam już przy kępie drzew. Skupiłam się więc na wykonaniu wszystkich etapów planu.
Pomyślałam jeszcze przelotnie o tych wszystkich kamerach rozmieszczonych na terenie posiadłości, również na drzewach wokół mnie. Jak dobrze, że nie muszę się nimi przejmować. Jeszcze prawie dwie minuty będę całkowicie bezpieczna – ukryta przed ich oczami. Cafeina czuwał nade mną i skutecznie zakłócał działanie kamer w sobie tylko znany sposób.
Wychylając się zza gęstych drzew sprawdziłam czy nikt nie wybrał się akurat teraz na przechadzkę po ogrodzie i czy palą się światła w budynku przede mną.
Nie zauważyłam nigdzie nic podejrzanego, więc odnalazłam wzrokiem drzwi, przez które miałam przedostać się do środka i ruszyłam w ich kierunku.
Zaledwie wychyliłam się zza krzaków usłyszałam:
- Minuta!! Pospiesz się, Mat!
Rzuciłam się do przodu, wyciągając jednocześnie sprzęt do dezaktywacji alarmu i otwarcia zamka elektrycznego. Zostało do pokonania jakieś 15 metrów, gdy usłyszałam ponownie głos:
- Pół minuty… Mat, to nie jest film akcji. Nie zależy nam na podnoszeniu napięcia. Streszczaj się!
Cafe wiedział, jak dać mi kopa do działania. Ironiczne uwagi w czasie akcji doprowadzały mnie do szału, ale jednocześnie dawały dodatkową motywację i mniej przejmowałam się ewentualną wpadką.
Już montowałam sprzęt… wstukiwałam kod… czekałam na upragnione piknięcie i zakończenie pracy „liczydełka” – jak nazywałam to cudo…
- Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden – agent nie pozostawił mi cienia nadziei, że mam jeszcze czas.
Zamarłam.
Na ekraniku wciąż migały, z oszałamiającą prędkością, zielone cyfry.
Wydawało mi się, że stoję tak całe wieki. Cisza i w końcu ciche piśnięcie. Trzask odblokowanego zamka.
Wsunęłam się za drzwi najciszej jak mogłam, z gracją żółwia właściwie…
Miałam nadzieję, że ktoś kto obserwuje zapis kamer śpi. Oby pomogło choć trochę to, że nie wykonałam żadnych gwałtownych ruchów, co zazwyczaj zwraca uwagę strażnika.
Stałam wewnątrz domu i nasłuchiwałam, ale nic się nie działo. Odetchnęłam z ulgą i powiedziałam cicho:
- Chyba się udało. Dragon, twoja kolej.
W tym momencie, gdzieś z drugiej strony posiadłości, rozległ się potężny huk eksplozji, od której zadrżała ziemia i wszystkie sprzęty wewnątrz domu. Zawyły wszystkie alarmy samochodowe i te w domu.
Teraz już byłam pewna, że się udało. A po kilku sekundach otrzymałam potwierdzenie od Cafeiny.
Kamery, czujniki i cały ten nowoczesny, a jednocześnie delikatny sprzęt do ochrony Żelaznego Eddy`ego diabli wzięli.

CDN

.:Matylda:.

Skoro nie mogłam Mat pomóc, mogłam chociaż z całch sił starać się jej nie zaszkodzić. Choć szefostwo chciało inaczej…
Wiedziałam już jednak, jaką drogę wybrać-i zamierzałam się jej trzymać. Nie miałam pojęcia po co góra tak miesza-czyżby nie mieli dość ważniejszych spraw? Misji ratujących świat przed zagładą? Zamiarów terrorystycznych, odkrytych w ostatniej chwili? A może mieli za dużo agentów, może chcieli pozbyć się tych, którzy w Sekcji siedzą już zbyt długo? Za dużo wiedzą, zaczynają przeszkadzać, są zbyt silni i mogą się zbuntować… Hipoteza ta wydawała mi się bardzo prawdopodobną.
Dopóki wszystko nie stało się jasne. Stałam przed Mat twarzą w twarz, jednocześnie z całego serca chcąc się wytłumaczyć i mając w myślach, że to sekcja, więc uczucia są tu tylko nic niewartą kupą impulsów nerwowych.
W chwili, kiedy już myślałam, że po prostu wyjdę jak pies z podkulonym ogonem, wezbrała we mnie złość i nadzieja kiedy oba te uczucia zobaczyłam w oczach Mat. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Pomimo, że Sekcja nie była matką wrażliwą i sprawiedliwą – była nią dla nas i byliśmy z nią związani-czy tego chcieliśmy czy nie.
-W pokoju Pat za 5 minut-powiedziałam z ledwie widocznym uśmiechem i odwróciłam się napięcie.

* * *

Po paru godzinach prawdziwej burzy dwóch mózgów już wiedziałyśmy, co robić. Zaplanować całe przedsięwzięcie nie było trudno. Gorzej z jego realizacją.
Pierwsze, choć niewielkie, trudności napotkałyśmy zaraz po wyjściu z gabinetu Pat.
Cafeina stanął jak wryty widząc mnie i Mat ramię w ramię.
A potem niemal biegiem podszedł do nas i zwrócił się do Mat, jakby mnie nie było obok.
-Ona zdradziła nas wszystkich! Zdradziła ciebie! A ty jeszcze…
-Uspokój się Cafe. Wszystko jest pod kontrolą. Że tak powiem, mamy ją w garści…
Tętno mi przyspieszyło. Dodatkowe częsci dodawane do scenariusza był niezbędne, ale zawsze ich niecierpiałam. Trzeba było je szybko wkalkulowywać i dopasowywać do reszty.
Przygryzałam sobie język i wargi żeby tylko nie wypalić czegoś, żeby tylko wszystkiego nie zepsuć. Mogłam się za to uśmiechać półgębkiem.
-Jak to?-spojrzał na mnie w końcu, zaskoczony.-Skąd możesz mieć pewność? Oszukała nas raz, kto wie od jak dawna to planowała i wdrażała w czyn – oszukuje nas może nadal. Zresztą, wiesz co Mat? Rób co chcesz. Wiesz, że zawsze będę po twojej stronie. Lepiej powiedz do czego się przydam. Najważniejsze, że zaczęliśmy działać.
Ta zmiana frontu w końcu zadziałała na naszą korzyść.
Machina ruszyła. Uda się! Musi. Przechytrzymy w trójkę wszystkich…

Znowu czułam, że cały świat działa na złość mnie.
Moje wyszkolenie, charakter, nawyki – nic nie znaczyły. Ta cała sytuacja była beznadziejna, a ja tkwiłam w niej „po uszy”… na dodatek to bagno wciągało mnie coraz głębiej.
Dragon stała naprzeciwko mnie z miną pod tytułem „i-co-dalej?”.
Gdybym tylko wiedziała „co dalej?”, podałabym jej gotową odpowiedź, ale skoro jej nie miałam, złość zaczęłam we mnie wzbierać. A ja, jak zwykle w takich chwilach, zachowałam pozorny spokój. Nigdy nie chciałam wyjść na osobę słabą czy niezrównoważoną. Wolałam zdecydowanie bardziej być wredną, twardą i szczerą do bólu hipokrytką, dlatego zamiast wyciągniętej w geście pojednania ręki, wypaliłam:
- Zdecydowałabyś się w końcu, po czyjej stronie jesteś.
Chciałam dodać coś jeszcze. Tak, żeby zabolało, ale w porę ugryzłam się w język. Po co pogarszać i tak beznadziejną sytuację?
Dragonflys miała niepewną minę. Może dałam jej do myślenia… Postanowiłam ulotnić się
i dać jej czas. Ruszyłam do drzwi, przechodząc koło niej, jakby była powietrzem. Albo ta taktyka zadziała i wszystko wróci do normy, albo zostaniemy największymi wrogami w Sekcji.
Nagle Dragon odwróciła się w moją stronę i głośno powiedziała:
- Nic nie wiesz. Nie masz pojęcia o co chodzi!
- Właśnie nie wiem! Nie było mnie jakiś czas… Wiem tylko jaka jest sytuacja w tamtym miejscu. I nie mogę tego zostawić tak po prostu!!
- Chyba żartujesz?! Byłam tam, wiem doskonale…
Nasza rozmowa przeradzała się w małą awanturę, a słowa zamieniały w krzyk. Przestałam wyłapywać jej kolejne argumenty… Poczułam się okropnie głupio. Co to miało być? Licytacja? To było bez sensu.
Zamilkłam. Nie odpowiedziałam na ostatnią zaczepkę, więc Dragon uśmiechnęła się triumfalnie. Pomyślała, że się poddaję.
Wtedy się odezwałam:
- Być może obie nie mamy racji. Powinniśmy zweryfikować nasze wiadomości, podzielić się informacjami. Tak będzie najlepiej – dodałam. Mój głos zabrzmiał jak szept, w porównaniu z tak niedawnymi krzykami.
Moja (była?) przyjaciółka skrzywiła się lekko i z drwiącym uśmiechem zapytała:
- Po co? Nie ma OpsJ, Pat i reszty. To tak, jakby nie było już Sekcji.
Westchnęłam, ale po chwili zastanowienia wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam to, co nasunęło mi się pierwsze na myśl:
- Być może już po nas. Sekcja umarła… ale są jeszcze ludzie, nasi agenci w różnych zakątkach świata. Tak łatwo nas nie zniszczą.
Zapadła cisza.
Stałyśmy naprzeciw siebie w sterylnie białym i pustym korytarzu. Dragon spuściła głowę, tak że nie widać było jej twarzy. Mimo tego intensywnie wpatrywałam się w nią próbując rozszyfrować jej nastawienie. Gdzieś w dalszej części punktu szpitalnego skrzypnęły ohydnie dawno nie oliwione drzwi. Wtedy jakby się ocknęła i podniosła głowę.
Spojrzałyśmy sobie prosto w oczy i wtedy już wiedziałam.
Może jednak nie wszystko stracone?

CDN

.:Matylda:.

Wróciłam. Byłam w domu i byłam z tego powodu szczęśliwa, ale to uczucie skutecznie tłumiła gorycz z całej sytuacji, jaką zastałam w Sekcji.
Po wizycie u szefowej kolejne dni spędziłam pod opieką lekarzy. Pierwsze 24h przespałam, kolejne dwa dni potrzebowałam na odzyskanie sił i jako takiej sprawności w ręce. Czwartego dnia poszłam odwiedzić Martina i ze zdziwieniem stwierdziłam, że on ma się doskonale… może nie hasał po sali jak sarenka, ale w porównaniu ze stanem, w jakim widziałam go ostatnio, było całkiem nieźle.
Leżał opatulony szczelnie kołdrą, a jego skóra miała ten sam kolor co pościel, lecz mimo tego, gdy się pojawiłam ucieszył się. Tak przynajmniej mi się wydawało, ale pierwsze co usłyszałam z jego ust to wyrzut.
- Przez ciebie mam teraz dziurę w brzuchu.
- Przynajmniej będziesz pamiętał, aby nie wystawiać się na strzał i nisko trzymać kuper – powiedziałam trochę zbyt ostrym tonem.
Spoważniał i chwilę milczeliśmy.
Myślałam jak tak przeciętny człowiek, bez zdolności przywódczych i zapędów sadystycznych mógł wymyślić tak pokrętny plan. Może tylko odgrywał nieporadnego, a może to Żelazny Eddy go złamał… uzależnił od siebie i pozbawił całej motywacji?
Miałam nadzieję, że dzięki tej naszej wspólnej ucieczce z „więzienia” facet weźmie się w garść i choć trochę odzyska pewność siebie.
Jakby na potwierdzenie mojej tezy odezwał się:
- Zawdzięczam ci życie. Dziękuję – odwrócił wzrok zawstydzony, ale potem dodał jeszcze – Nie będę robił kłopotów. Powiem wszystko co wiem… ten człowiek musi zapłacić za to co zrobił.
Przymknęłam oczy i oparłam się plecami o ścianę. Czułam jak żołądek z nerwów przewraca mi się na lewą stronę. Po co on mi o tym przypominał?.. o tych wszystkich ofiarach jakie musieliśmy ponieść, o śmierci kilkunastu agentów, o zniszczonych planach, misjach, przyjaźniach. A to nie koniec całej afery. Najgorsze przed nami… bez OpsJ, bez jakiegokolwiek sensownego nadzoru.
Doskonale wiedziałam co grozi nam ze strony szefa CIA, ale mimo tego nic nie mogłam już zrobić. Sama nic nie wskóram, tym bardziej bez akceptacji z góry… W tej chwili jednak nasi przełożeni mieli to gdzieś. Wszyscy agenci S1, którzy zginęli, zginęli na darmo, a ci którzy żyją i tkwią w tamtym miejscu nie mają co liczyć na naszą pomoc.
Czułam się jak zdrajca…
- Nikt mnie jeszcze nie przesłuchiwał. Czy… – Martin zająknął się – Chyba oni nie planują użyć do tego tych różnych… instrumentów?
Skrzywił się lekko. Zabawnie to wyglądało, ale nie było mi w tej chwili do śmiechu. W tej chwili muszę działać. Muszę coś zrobić, bo inaczej zwariuję oczekując na jakąś decyzję z góry.
Adamosowi odpowiedziałam tylko:
- Nie martw się tym. Chcemy żebyś najpierw wyzdrowiał.
Stałam już w drzwiach, ale obejrzałam się jeszcze próbując zgadnąć czy wyczuł fałszywy ton w moim głosie… tak naprawdę nie miałam pojęcia co z nim zrobią, ale on był jakby nieobecny. Ja z resztą też byłam już myślami gdzie indziej.
Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie, pozwalając moim myślom już przygotowywać plan działania.
Wtedy przy wyjściu z punktu szpitalnego wpadłam na pierwszego gościa, który przyszedł mnie odwiedził.
Dragon.
Stanęła niepewna, ledwo przekroczywszy próg. Wyczułam wyraźniej niż dotąd, że między nami tkwi jakaś dziwna bariera, coś co przeszkadza w szczerej rozmowie i 100% zaufaniu, jak zwykle bywało w czasie misji. To było jak uderzenie obuchem w głowę. Mój zapał uleciał w ciągu ułamka sekundy. Szara rzeczywistość brutalnie podeptała nadzieje…

CDN ;)
Matylda

Te pierwsze kilka sekund po moim powrocie do życia w Sekcji były jak sen… jak deja-vu.
Stałam tam przy windzie i chłonęłam atmosferę tego miejsca. Tyle razy miałam ten sam widok przed oczami… Zawsze ilekroć docierałam do „pracy” widziałam te same sprzęty, krzątających się tu i ówdzie agentów, migoczące ekrany komputerów… słyszałam cichy gwar rozmów, szum pracujących wentylatorów… czułam zapach zimnej kawy, której nikt nie ma czasu wypić od razu, gdy jest jeszcze ciepła.
Cale zdenerwowanie i to beznadziejne uczucie porażki znikło. Zostałam sama, gotowa i zdecydowana na złożenie raportu. A najważniejszą częścią tego raportu będzie Martin Adamos – człowiek znajdujący się na pograniczu życia i śmierci.
Ruszyłam po schodach prosto do gabinetu opsJ.
Kilka głów podniosło się na odgłos moich kroków. Część z tych ludzi była dla mnie zupełnie obca -zapewne to nowy narybek S1, ale część osób znałam i ci reagowali na mój widok zupełnym osłupieniem. Prostowali się przy swoich stanowiskach nawet nie udając, że pracują. Wyciągali szyje żeby śledzić mój marsz przez główną salę. Chyba nie spodziewali się ujrzeć mnie jeszcze kiedykolwiek, nieważne czy żywą czy martwą.
Przypomniało mi się jak parę tygodni temu kroczyłam przez identycznie wyglądające pomieszczenie. Teraz zdałam sobie sprawę, że tamta „kopia” nigdy nie dorówna prawdziwej S1. Brak jej najważniejszej rzeczy – klimatu, który sprawia, że wszyscy pracujący tu agenci tworzą jedną, zgraną całość… no i oczywiście brak jej jeszcze czegoś – informacji, które chcieli uzyskać ode mnie. Po nieudanej próbie na pewno spróbują jeszcze raz, i jeszcze… ale tym razem ułożą scenariusz z kim innym w roli głównej.
Przyspieszyłam kroku poruszona nową wizją, gdy nagle, tuż przed gabinetem szefowej, zatrzymały mnie czyjeś ręce. Szarpnęły za płaszcz ściągnięty z bezdomnego i uściskały tak mocno, że przez chwilę nie mogłam zaczerpnąć tchu.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, kto tak entuzjastycznie wita mnie po tym kilkumiesięcznym wygnaniu. Znajomy głos szepnął mi do ucha:
- Ależ ty śmierdzisz! Chyba pora na kąpiel – Cafeina odsunął mnie lekko na odległość wyciągniętych rąk, uważnie przyjrzał się mojej twarzy i uśmiechnął.
Widocznie nie było się czym martwić i w Sekcji wszystko dobrze. Uśmiechnęłam się więc niemrawo w odpowiedzi i delikatnie wyswobodziłam zranione ramię.
- Kąpiel musi zaczekać, tak samo jak porcelanowa wanna, bąbelki z piany i gumowe kaczuszki. Mam sprawę do opsJ. Sprawę nie cierpiącą zwłoki…- O cholera! Te słowa przypomniały mi, że jak tak dalej pójdzie rzeczywiście będę mieć tylko zwłoki Adamosa.
Odwróciłam się szybko o mało nie tracąc równowagi i z hukiem otworzyłam drzwi do gabinetu J.
W pierwszej chwili dostrzegłam tylko siedzącą za biurkiem postać i w jej stronę skierowałam swe kroki.
- Misja zakończona! Zdobyłam te informacje! Mam nawet współtwórcę projektu… potrzebny jest lekarz, ale to tylko szok pourazowy… – w tej chwili dostrzegłam, że ops nie zwraca na mnie uwagi. Zupełnie jakby mnie tu nie było.
Rozejrzałam się po gabinecie. Wszystkie rzeczy zostały wyniesione, zostało tylko biurko i krzesło. Nawet ten nieśmiertelny kaktus stojący od tylu lat na blacie zniknął.
Zamilkłam, ale nie po to przebyłam tyle kilometrów, żeby teraz dać za wygraną. Zapytałam cicho, jakby nie swoim głosem:
- Co się dzieje?
Postać za biurkiem drgnęła i powoli podniosła na mnie spojrzenie. Twarz, która zawsze wyrażała pełen profesjonalizm teraz tchnęła jedynie obojętnością.
- Nie musisz już składać raportu… A przynajmniej nie mi…
Cały mój świat, dotychczas stojący na solidnych fundamentach, runął w ułamku sekundy. To było gorsze niż śmierć z rąk ludzi parszywego Eddy`ego.

CDN
Matylda

Zaczynało już zmierzchać, a ja wciąż tkwiłam na parkingu przed sporej wielkości budynkiem na peryferiach miasta (swoją drogą jego stan techniczny wymagał natychmiastowej interwencji inspektora nadzoru budowlanego).
Dziwnym trafem akurat dwie latarnie przed budynkiem nie działały i wejście pozostawało w mroku.
Stanowczo zbyt dużo czasu straciłam na upewnianie się, czy nikt nas nie śledzi. Kilkakrotnie okrążyłam teren, wciąż wypatrując zagrożenia. Zapomniałam o zmęczeniu i tych kilku kontuzjach, których nabawiłam się w drodze. Byłam już u kresu podróży.
Ale facet na siedzeniu pasażera miał to gdzieś, jego stan był kiepski i nie dawałam mu więcej niż pół godziny. Wiedziałam, że muszę się pośpieszyć.
I wszystko temu sprzyjało, przynajmniej do tej pory.
Nie mieliśmy „ogona”, ruch na ulicy właściwie zerowy, ale moje przyzwyczajenia i wyszkolenie brało górę. Po prostu musiałam upewnić się trzy (a właściwe trzynaście) razy.
Gdy w końcu stwierdziłam na pewno, że absolutnie nic nam nie zagraża, pozostawiłam rannego Martina Adamosa na przednim siedzeniu samochodu i wyszłam na ulicę.
Serce waliło mi jak zwariowane.
Wmawiałam sobie, że to radość z powrotu do „domu”, ale tak naprawdę byłam zdenerwowana. Prawie jak przed pierwszą poważną misją…
Jaką sytuację zastanę w Sekcji?
Czy czeka mnie upragniony odpoczynek, a może raczej kolejna przeprawa z szefostwem? Tłumaczenie się, ostra reprymenda z powodu niewykonania zadania, a potem degradacja o 2-3 poziomy, czyli powrót do czasów „brudnej roboty”. Tak brudnej, że część tego brudu na zawsze pozostaje na rękach i sumieniu.
Zanim opanowałam oddech byłam już przy drzwiach.
Że też nikogo nie zastanowił nowoczesny elektroniczny zamek przy takiej ruinie…
Rozejrzałam się ponownie wokół, sprawdzając czy nikt mnie nie obserwuje.
Kilkoma szybkimi ruchami wystukałam numer – klucz.
Cichy pisk, szum otwieranych drzwi i byłam już w środku. Stąpałam jak najciszej, ale i tak na gładkiej, marmurowej posadzce moje kroki były doskonale słyszalne. Wiedziałam też, że obserwuje mnie kilka kamer.
Spróbowałam uspokoić trochę nerwy, oddychałam równo i głęboko. Cokolwiek się stanie byłam przygotowana.
Stanęłam przy windzie. Od drzwi wejściowych wiodła do niej teraz słabo widoczna ścieżka, utworzona przez chaotyczny rządek czerwonych i lśniących kropelek krwi. Musiałam poruszyć mięśniem zbyt mocno i rana na ramieniu znów zaczęła krwawić.
Kolejny wprowadzony ciąg cyfr… identyfikacja odcisku palca, a następnie siatkówki oka… dwa kroki w głąb windy…
Mimo, że oddychałam spokojnie i spokojnie odliczałam kroki, a twarz nie wyrażała emocji, czułam bardzo wyraźnie łomot mojego serca.
Wcisnęłam guzik przy tabliczce z napisem „BIURO RACHUNKOWE” i przelotnie pomyślałam o tych wszystkich biurach nad moją głową.
Winda jednak nie pojechała w górę. Delikatnie szarpnęło i zaczęłam zjeżdżać w dół, do siedziby Section.
Od wyjścia z samochodu nie minęło więcej niż 3-4 minuty, ale poczułam jakby to była już zupełnie inna epoka. Zapomniałam nawet o Martinie umierającym na parkingu…
Było tylko tu i teraz. Nic poza tym.
Zgrzytnęły otwierane drzwi windy i oto znowu tkwiłam po uszy w bagnie. W bagnie, za którym tak tęskniłam i które było moim domem.

CDN

Mat.

Byłam wykończona!
Po raz pierwszy w życiu popadłam w stan, który nie pozwalał mi racjonalnie myśleć i błyskawicznie działać.
Wszystko wokoło poruszało się jak w zwolnionym tempie i na dodatek za grubą, matową szybą.
Najgorsze, że nie zdawałam sobie z tego tak do końca sprawy…
Odkąd wróciłam do stolicy byłam już we wszystkich możliwych miejscach, gdzie powinniśmy natknąć się na któregoś z agentów, ale wszystkie te punkty okazały się puste.
Nic!… żadnego sposobu na kontakt…
Chociaż właściwie był jeden, ale ten postanowiłam uruchomić w ostateczności, kiedy nic innego nie przyniesie rezultatu.
Jeszcze poprzedniego dnia myślałam, że uda mi się skontaktować się z Rudą albo Largo… a już na pewno z Just.
Nie przewidziałam w tym wypadku porażki, ale przydarzyła się i w efekcie tego snuliśmy się z Martinem po mieście, starając się nie zwracać na siebie uwagi.
To cud, że nie zatrzymała nas jeszcze policja, straż miejska ani jehowi… W tym mieście wszystkich traktowano podejrzliwie, a co dopiero nas – dwójkę dziwadeł w za dużych ciuchach i z wyraźnymi oznakami wyczerpania na twarzy. Przynajmniej złodziei nie przyciągaliśmy…
Ocknęłam się z odrętwienia, by spojrzeć gdzie przyniosły mnie nogi.
Znowu robiło się zimno, czyli zbliżał się wieczór…
Ulica pusta, wąska, pełna zakamarków… W mojej głowie odezwał się alarm, gdzie też ja się wybrałam?… ale głos rozsądku był stanowczo zbyt cichy, a ja byłam zbyt zajęta przestawianiem stóp, aby poruszać się i nie przemarznąć na kość.
Martin jak zwykle wlókł się za mną, chyba było mu trochę lepiej, bo nie marudził. Z resztą miał większy zapas tłuszczu, więc nie marzł tak, jak ja.
Tego, że idzie za mną bardziej się domyślałam, niż faktycznie widziałam go i słyszałam.
Po kilkunastu krokach dotarliśmy do szeregu blaszanych garaży. Zaczęłam zastanawiać się czy nie znajdzie się tu gdzieś dla nas „cichy kącik”…
I wtedy gdzieś bardzo blisko rozległ się huk wystrzału.
Wszędzie rozpoznam ten dźwięk…
Natychmiast oprzytomniałam. Adrenalina poprzez tętnice dotarła do wszystkich komórek i zadziałała błyskawicznie.
Rzuciłam się w stronę garaży – najbliższej osłony.
Na szczęście, zupełnie niechcący, wpadłam na mojego towarzysza i oboje upadliśmy.
Skrył nas gęsty krzak dzikiej róży.
Znowu rozległ się wystrzał, ale tym razem pocisk przeleciał znacznie bliżej. Aż zadzwoniło mi w uszach.
W sytuacji, w której się znajdowaliśmy nie mogłam być pewna, że jesteśmy bezpieczni. Strzelec mógł nas widzieć, mógł też strzelać na oślep… w końcu krzak nie zatrzyma ani jednego pocisku…
Próbowalam coś wykombinować, ale chyba odzwyczaiłam się od myślenia.
Dopiero po chwili przeturlałam się bliżej garaży i na zgiętych nogach, mocno pochylona do przodu wpadłam pomiędzy dwie ściany z blachy falistej.
Dopiero wtedy zauważyłam, że nie ma ze mną Martina.
Wyjrzałam ostrożnie i oto potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia. Moja jedyna nadzieja na rehabilitację w S1 leżała wciąż plackiem za krzakiem… Byłam prawie pewna, że oberwał…
Nawet nie zastanowiłam się co robić, ani jakie mam szanse.
Po prostu moje ciało nie zapytało o radę głowy (prawdopodobnie i tak nie uzyskałoby odpowiedzi). Zadziałałam więc tak jakbym nie miała mózgu – ryzykownie i głupio…
Wyskoczyłam z kryjówki na pomoc Adamosowi.
Już w momencie, gdy do niego dotarłam i wytężając siły szarpnęłam za ubranie, wiedziałam, że źle zrobiłam.
Wystrzały zabrzmiały w moich uszach jeden po drugim, zwielokrotnione przez echo w blaszanym labiryncie garaży.
Martin nie był chyba poważnie ranny i jakoś udało mi się go podnieść na nogi, ale właśnie wtedy przyszło mi odpokutować za swoją głupotę… poczułam w ramieniu ból… ostry, przeszywający. Zupełnie tak, jakby ktoś przykładał mi do skóry rozgrzany do bialości metalowy pręt.
O mało nie zawyłam… ale paradoksalnie, to co się stało ocuciło mnie, przywróciło do świata ludzi myślących logicznie. Ból zadziałał na mnie jak setka czystej na spragnionego alkocholika.
Wiedziałam już co muszę zrobić i po prostu to wykonałam, zaciskając zęby i walcząc z falą bólu. Wiedziałam dobrze, że wkrótce mogę stracić tego sprzymierzeńca i znowu popaść w odrętwienie. Musiałam działać natychmiast!
Chroniąc się ponownie (tym razem z Martinem) między blaszakami, sprawdzilam ranę postrzałową cierpiącego i wystraszonego nie na żarty faceta.
Na wyciągniętym i brudnym swetrze wykwitła plama krwi… poniżej płuca. Miał jednak sporo szczęścia; kula przeszła na wylot nie uszkadzając żadnego narządu wewnętrznego… Choć zapewne bolało jak diabli.
Pomyślałam, że pocisk zdecydowanie większe szkody poczynił w psychice Martina, niż w jego ciele.
Zdumiony patrzył na swoje zakrwawione ręce i chyba nie miał najmniejszego zamiaru uciekać dalej.
Musiałam porządnie nim potrząsnąć, co wywołało kolejne palące zygzaki w moim ramieniu.
Przy okazji poczułam też gniew i kolejna porcja adrenaliny dodała mi sił.
Uspokoiłam się trochę dopiero, gdy byliśmy już daleko.
Znurzenie zaczęło powoli wracać, ale nie dałam mu dojść do słowa.
Wcielałam w życie ostatni plan, ten, który zachowałam na ostatek, na najczarniejszą godzinę. Musiałam ratować siebie, Martina… i własciwie całą S1. To wszystko zależało tak naprawdę od Martina Adamosa… ale…
wiedziałam też, że szok pourazowy zabija równie skutecznie co kula.
Czy zdążę? Czy dam radę utrzymać jego samopoczucie choćby na takim poziomie jak w tej chwili?… Zaczynałam wątpić w swoje możliwości językowe i krasomówcze.
Jak długo mogłam zagadywać rannego cudzoziemca w kradzionym samochodzie?

Matylda


  • RSS